ŚWIĘTA TO JAKIŚ CYRK! Czyli dropsy, łosie i dudki.

http://www.adoremagazine.com/read/
Z takiego założenia ewidentnie musiała wyjść projektantka Maria Barros planując stylizację swojego apartamentu. Na białym tle....którego właściwie nie widać, pole do popisu mają wszystkie kolory tęczy. .

Pierwsze wrażenie? Gromko zakrzynęłam " o ja pierdzielę! Boże Narodzenie u Barbie " i przeskoczyłam na inną stronę, by uspokoić wzrok i obniżyć ciśnienie krwi.Ale po chwili zerknęłam...a później jeszcze raz...a teraz to już wsiąkłam totalnie i gapię się bez przerwy.



I wiecie co? Chętnie bym poszła do tej Pani na świąteczny obiad. Co prawda ewidentnie skończyła szkołę projektowania solariów ( i to z z celującym wynikiem z zajęć praktycznych) ale tak dziecięco- niewinnej i pozbawionej zahamowań stylizacji chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Poza tym święta to czas w którym wiele się wybacza, nawet waniliowe shake'i zamiast barszczu i mufiny z lukrowaną polewą w roli pierogów.





I tu mogłabym zakończyć swoją opoweść Wigilijną na styl portugalski, czyli niefrasobliwie, z wdziękie i uniesionymi pośladkami, ale...

Część druga, czyli O ŁOSIU WYSTRYCHNIĘTYM NA DUDKA

Jeszcze dwa lata temu na myśl o sztucznym drzewku dostawałam palpitacji, ale po zeszłorocznej przygodzie z cholernie drogą choinką "doniczkową" zaczynam się powoli nawracać. Stylizacje takie jak powyższa również zaczynają mi coraz bardziej "leżeć".
A to było tak: Kupiliśmy syberyjską jodłę, o ile dobrze pamiętam. Jako obrońca wszystkiego co żywe albo przynajmniej takiego co pożyć dłużej by mogło uparłam się jak wół i cięte drzewko nie wchodziło w grę. Przy targaniu skolioza pogłębiła mi się o jakieś 70%, ale co tam.
Ma być eco.

Ubraliśmy choinkę około 5 dni przed Wigilią. Podczas wieczerzy, pomiędzy szczękiem sztućców i mlaskaniem słychać było spadające igły.
Pac.
Pac.
Jedna za drugą.
Pierwszego dnia świąt igły zaścielały uż podłogę gęsto. Nie pamiętam czy choinka dotrwała do Sylwestra, w każdym razie byłam przekonana że oto znów ujawniły się moje mordercze skłonności wobec roślin i że wykończyłam ją psychicznie, podobnie jak zastępy kaktusów i paprotek.
W przypadku tej choinki tak bardzo w nią wierzyłam, że udało mi sie jeszcze namówić tatę na natychmiastową akcję reanimacyjną- czyli przesadzkę do ogrodu. Gleba zmarznięta na kamień, ale dół wykopany, donica wytargana i...ta świadomosć szerząca się pod czaszką, gdy wyciągamy z doniczki uschnięty kikut, bez śladu korzeni...

Tak oto zostałam choinkowym łosiem wystrychniętym na dudka, ze smutnymi pośladkami, który nie prycha już na widok plastikowych drzewek.
Trwa ładowanie komentarzy...