Nie ZNI(sz)CZ WSPOMNIEŃ

Nie wiem jak Wy, ale ja fanką Święta Zmarłych nie jestem. Od dziecka odnoszę wrażenie, że nazywanie świętem (czyli radością) smętno- nerwowego przechadzania się po grobach to jeden z najlepszych przykładów wyjaśniających znaczenie słowa OKSYMORON... Zamiast usiąść wygodnie i wykorzystać wolny, cenny dzień na przywołanie w pamięci tych, którzy już odeszli- czy oglądając stare albumy, plotkując przy rodzinnym stole, czy też czytając ulubioną książkę Nieobecnego- pchamy się w miejsce które od peronu PKP w poniedziałek/ 8.05 rano/ różni się tylko tym, że można sobie dodatkowo przypalić dupę od znicza przy wujku Mietku, albo wywinąć orła obok miejsca spoczynku sąsiadki Genowefy.

Już same przygotowania do Święta Zmarłych mogą przyprawić o ( nomen omen) zawał serca. Ogólnie- logistyka w tym dniu to podstawa. Po pierwsze, należy zdobyć znicze i chryzantemy. Można, jak niektórzy, rozpocząć polowanie już dwa miesiące wcześniej dzięki systemowi śledzenia gazetek z Biedronki. Skuteczne, ale nagle orientujemy się że kilka weekendów z życia poświęciliśmy na znicze. I to jeszcze za życia. Można też zastosować opcję last minute i dać się orżnąć harcerzom pod cmentarzem, oficjalnie- w szczytnym celu, nieoficjalnie- plując sobie w brodę, że się jednak tych gazetek nie przejrzało.



Druga sprawa: trzeba bardzo dokładnie zaplanować wersję odzienia. Tego dnia po prostu MUSISZ myśleć jak Jessica Mercedes i inne modowe blogerki. Każdy element Twojego stroju musi być po coś. Intelligent Fashion. Wizyty na grobach to doskonały powód by pochwalić się nową futrzaną etolą, błysnąć złotym kolczykiem lub kokiem prosto od fryzjera. Zatem stawiamy na górę – liczy się TOP. Z drugiej, to znaczy dolnej strony, należy zabezpieczyć się przed błotem po kolana, setkami cudzych butów które nie będą mieć litości dla Twoich nowych zamszowych kozaczków i potłuczonego szkła ścielącego się dywanem w cmentarnych alejkach . Zatem- kalosze. I coś extra na głowę. TEN PAN doskonale kuma, o co chodzi.

Dotarcie na miejsce. Jeśli myślisz o tym, by podjechać na cmentarz samochodem, to znaczy że nie myślisz wcale. 1 listopada stawiamy na środki komunikacji miejskiej, przy czym warto zabrać ze sobą maskę tlenową, trochę prowiantu i adrenalinę w strzykawce.

Kolejna sprawa – bez GPSa lepiej nie wychodzić z domu. Chyba że pamiętamy albo jesteśmy w asyście 100- letniej Cioci która pamięta, tylko po piętnastym okrążeniu tego samego pomnika z różowego marmuru okazuje się, że jednak nie pamięta... Pierwsza godzina jest nawet całkiem zabawna, coś jak połączenie "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" i komedii pomyłek z Louisem de Funes. Po godzinie zaczynają się nerwowe komentarze, obwinianie nawzajem że mąż/ żona nie zabrała karteczki, wycie dzieci że "zostaniemy tu na zawsze" ( bo dzieci potrafią być niezłymi prorokami) i że siusiu, jeść, nogi bolą. Po odnalezieniu właściwej alejki następuje najszybsza akcja świata, czyli ikebana z chryzantem w 10 sekund, paciorek , synchroniczne zapalenie 15 zniczy ( o ile zabraliśmy zapałki) i padają TE słowa- w przyszłym roku jedziemy na groby tydzień później.

Uffff...w tym roku zamierzam uczcić pamięć bliskich, którzy są już za daleko by osobiście im powiedzieć że o nich myślę i tęsknię, w sposób który im sprawiłby przyjemność. Z kubkiem herbaty, pod szydełkowym bladoróżowym kocem, podjadając czekoladki wyciągnięte z tajnej skrytki z 1985r ( Sis, Ty wiesz o co chodzi;). Oglądając 3 odcinki "Allo Allo", jeden po drugim, podczas jedzenia klusek śląskich z "polskim parmezanem". I kombinując, czy ten metalowy pręcik jeszcze się do czegoś przyda, czy nie...no pewnie, że się przyda.
Trwa ładowanie komentarzy...